O majowym mniszkowym miodku i czarownicy

Na pytanie, skąd lud posiada tak liczny zasób lekarstw, można odpowiedzieć, iż przez ustną tradycję, która jest najlepszą nauczycielką. Część zaczerpnięta ze starych zielników, kalendarzy, itp. książek, a część własna, oryginalna z ust do ust przechodzi, z rodziców na dzieci. (…) Trudno jest odróżnić leki dworsko-szlacheckie od ludowych, albowiem z dworu przez sługi rozchodzą się one na wieś do znachorek i odwrotnie od znachorek dostają się do dworu, skąd znowu wracają między lud, mniej lub więcej zmienione.*

     Babka Julianna, znachorka, której sława niosła się wśród wsi i wiosek, przysiadła na miedzy między łąkami, w cieniu biało kwitnącej ulęgałki. Westchnęła z gorąca, a potem rantem zapaski otarła pot z czoła.

     Do chaty tuż za wsią miała już niedaleko, tylko krótka smuga piaszczystej drogi, dziś nagrzana słońcem, ku radości bosych stóp Julianny. Odsapnąwszy nieco, babka spojrzała z zadowoleniem na kawał zgrzebnego płótna, na którym lśnił zbierany od rana jaskrawy mniszek. Związała cztery rogi płachty, wstała mozolnie, a na zgięte łukowato plecy, jakby naturalnie przystosowane do ułożenia na nich każdego tobołka, zarzuciła worek leczniczego ziela i ruszyła w stronę wsi.

     Weszła do sieni, by nabrać kwaterką trochę wody z wiadra i ugasić pragnienie.

    Pęki ziół zerwanych w dobrą godzinę zwisały u powały. Krwawnik, kobylak i piołun, zbierane na ugorach, były najlepsze na dolegliwości żołądkowe. Liście olszyny i podbiału leczyły owrzodzenia rąk i nóg niedożywionych dzieci. Babka lancetowata, porastająca leśne drogi, zabliźniała każdą źle gojącą się ranę. Macierzanka, głóg, kwiat lipowy spędzały gorączkę. Do tego jagody jałowca, czarny bez, bratki, brzozowe liście, dziurawiec, jemioła, koper, kminek, len, majeranek mięta, podbiał, kłącze perzu, rozmaryn, skrzyp, szałwia, tymianek… W kącie sieni leżała sterta kory dębowej na napary, a dalej, w zawiniątkach czekały gotowe do użycia suszone stonogi, dżdżownice, ptasie pióra...Wszystko, co rosło, żyło i nie truło, mogło służyć uzdrowieniom.

     Tajemniczy zapach unosił się już od progu. I w ogóle babka cała była tajemnicza. Widywano ją najczęściej na łąkach i pod lasem, ciągle mamrotała coś pod nosem, aż dzieci pasące gęsi czasem uciekały z piskiem, albo obserwowały ją schowane za kulami młodych sosen. Babka wiedziała, że tam są, często głodne, więc niby to gubiła słodkie pędy brzozy, trochę zebranych owoców – a co tam, niech sobie niebożątka podjedzą, może które dłużej pożyje. 

     Nie tylko lud okolicznych wiosek darzył babkę Juliannę sporym zaufaniem, bo i we dworze też korzystano często z jej usług i nie tylko zdrowotnych, nie tylko przy połogu, ale i panienkom oraz pani pomagała to włosy ufarbować, to przystroić, to lico upiększyć.

     Julianna miała moc sposobów na różne dolegliwości, potrafiła uleczyć niejedno schorzenie i w niejednym rozwiązaniu trudnej ciąży dopomóc. W chorobie to w niej pokładano największą wiarę i nadzieję, bo i w kogo? Wyniosły, obcy lekarz nie cieszył się, dobrą sławą, o nie. Chłopi mieli go za hochsztaplera, który tylko patrzył, jak wyciągnąć od nich, biednych, każdy grosz. A Julianna była swoja, jak jej matka i babka. I to od nich wiedziała, jak potrzeć słoninką gojącą się ranę, a spyrkę zakopać, by chore miejsce bezpowrotnie wyzdrowiało. A i nad kołtunem umiała wymówić magiczne zaklęcie, jak nikt inny.

     No, pora czyścić mniszek, korzenie suszyć osobno, liście osobno, a kwiatki już rozkładać na słońcu, żeby całe robactwo zeń wylazło. Będzie czym leczyć gnijącą wątrobę, kaszel, chory pęcherz.

     Mimo całej wiedzy i pomocy każdemu w potrzebie, od narodzin po śmierć, Julianna nie zawsze spała spokojnie. Nocą czasem nawiedzały ją koszmary, echa opowieści matki i babki o ich siostrach-zielarkach sądzonych za czary. A przecież tylko chciały dopomóc cierpiącym... Widziała je nocą, ni to na jawie, nie we śnie, trawione płomieniami stosu, albo siniejące w lodowatej wodzie w bajora.

W czarownice bowiem lud jeszcze wierzy. Pastorowi K. pokazano takową; miała oczy czerwone, zapalone, chore od niepamiętnych czasów; odbierała mleko krowom, które się ocieliły i dawała do swojej, jeszcze cielnej. Tak samo panią Sokołowską z Szczypał, żonę nauczyciela posądzają ludzie o czary, iż od kilku miesięcy napuchniętą ma rękę. (…) Trudno powiedzieć, jaki jest sposób czarowania, bo nikt naturalnie przy tym obecny nie był (…) Widziano już takich, którzy bez odzieży swoje czy sąsiada pole obchodząc, ziarna rzucają.**

Mój majowy miodek z mniszka

(kliknij z prawej strony obrazka)

* Medycyna i przesądy lecznicze ludu polskiego, Marian Udziela

** O Mazurach, Andrzej Kętrzyński

Zdjęcie w tle: Jan Kościańczuk

Warsaw Poland 2017 

© Peperoneblog  peperoneblog@gmail.com

  • Black Facebook Icon