Fryderyka II

kosmopolityzm serca i podniebienia

     Fryderyk II, spowity w szarawary i połyskujące jedwabie - bowiem nosił się najchętniej na modłę orientalną - sunął długimi pasażami Pałacu Normanów. Seria korytarzy i krużganków zawiodła go z Kaplicy Palatyńskiej do komnaty usytuowanej w wieży zwanej Pizańską, gdyż zbudowaną przez Pizańczyków pojmanych po jednej z przegranych batalii morskich.

     Mijał cieniste krużganki, wsparte na pokrytych mozaikami  kolumnach, przestronne sale, fontanny, zwisające od sklepień długie, białe płótna, które, namoczone w wodach z quannat, serii podziemnych kanałów, chłodziły komnaty w upalne dni.

O czym, idąc, rozmyślał rudowłosy Fryderyk? Czy nieustająco trapiła go myśl o tym, że choć jest Niemcem z rodu Hohenstaufów, to jednak tu, w wielobarwnym, wielokulturowym Palermo, gdzie wśród ulic i zaułków, portowych kei słychać niemal każdy język świata, czuje się najlepiej i jakiż to żal będzie wyjeżdżać? Z drugiej zaś strony, skoro jest cesarzem rzymsko-niemieckim, to nie może już zawsze żyć w tym raju, między Sycylią a Bliskim Wchodem, na ziemi, która dla jego normańskich przodków była ziemią obiecaną. Nie po to przyszedł na świat jako dziecko cesarza. Ach, ten ojciec… no faktycznie, był już tak stary, że nikt nie kwapił się wierzyć, iż to on spowodował ciążę Konstancji. Ale żeby kazać jej rodzić Fryderyka w tak ostentacyjny, niedyskretny dla matki sposób, na głównym placu w Jesi, wśród gawiedzi, na oczach oczekującego na wydarzenie tłumu gapiów?! Gdzie intymność cesarzowej zapewniał jedynie rozciągnięty baldachim?! Przecież, kto nie chciał uwierzyć w ojcostwo cesarza, i tak nie uwierzył.

     Fryderyk wszedł do wypełnionej poświatą wieży Pizańskiej. Tysiące złotych kawałków mozaiki, pokrywającej ściany komnaty aż po malowany, drewniany strop połyskiwało w świetle mnóstwa świec. Z westchnieniem osunął się na stertę rozrzuconych na miękkim dywanie wielkich, lśniących poduch.

     Czy będzie kiedyś mógł żyć daleko stąd, bez swoich arabskich i żydowskich nauczycieli, mentorów, przyjaciół? Od tych, dzięki którym stał się kosmopolitą, obywatelem świata, którzy przekazali mu znajomość tylu języków świata, miłość do kultury Orientu, do literatury, poezji, muzyki, znajomość astronomii, alchemii, algebry? Miałby zostawić te wszystkie wspaniałe budowle i świątynie wzniesione z woli jego przodków wspólną, zgodną pracą wyznawców trzech wielkich religii? To niebo, szumiące palmy, powietrze przesiąknięte aromatem kwitnących drzew cytrusowych i jaśminów, szum słodkawo pachnącego algami morza? Jak zostawić w palermitańskiej katedrze groby ukochanych kobiet - Konstancji - matki i Konstancji - żony.

      A jak zabrać ze sobą ukochane smaki dzieciństwa, smaki Sycylii, smaki dań przyrządzanych z taką pieczołowitością przez bliskowschodnich kucharzy i ulubionego Mastro Berardo? Z lekkim dreszczem pomyślał cesarz o odległej, szarej, lodowatej, ale przecież - ziemi ojców, do której prędzej czy później będzie musiał wyruszyć. Oh, Mein Gott! Codziennością będzie zimno, twardy germański język, łacina, słonina i suszone ryby… Tak, kucharza trzeba będzie ze sobą zabrać! A łakocie umyślni dowiozą ze składów w Wenecji. 

     

     Rudowłosy cesarz rzewnie spojrzał na niski, intarsjowany perłą stół, a na nim młoteczkowane tace z piętrzącą się ulubioną cubbaitą – tabliczkami migdałów, orzechów wszelkich i sezamu, zastygłych w twardym, brązowym karmelu. Odruchowo sięgnął do zaplątanej w śliskich jedwabiach kieszeni, by sprawdzić, czy wciąż ma tam kilka kawałków tego twardego grylażu, ot tak, na wszelki wypadek. Wszyscy w pałacu wiedzieli jak bardzo lubił nim poczęstować każdego gościa, rozchmurzyć go, kiedy rozmowa przestawała się kleić. 

     Z odległych pałacowych kuchni do komnaty wślizgnął się znany i jakże miły nozdrzom zapach blaundysorye, co dosłownie znaczyło syryjski rosół. Bo też i był słodkim, ściętym, mlecznobiałym rosołem z nie tak odległej Syrii. Fryderyk uśmiechnął się na myśl o oddanym kucharzu, Mastro Berardo, wiedząc, że ten dawno zdążył zagotować mleko migdałowe z wywarem z kurczęcych piersi, miałko utłuczonym cukrem, cynamonem, kawałkiem skórki cytrusowej, że ściągnął płyn delikatną mączką ryżową, po czym przelał gąszcz do mis zwilżonych wodą różaną. Jak tylko biancomangiare zastygnie, kucharz wyłoży danie na srebrną tacę, a nim poda, jeszcze oprószy cukrem, cynamonem, cytrusową skórką, pistacjami. Ciekawe, czy Berardo dziś dodał drobnego, jaśminowego kwiatu, wszędobylskiego zapachu Orientu?

     Fryderyk, choć - jak to cesarz - miał klawe życie, miał tez swoją wizję świata, kosmopolityczną, jak on sam. Tak, nadchodzi pora ruszyć w północnym kierunku, czas dyplomacją i orężem ziścić wielki sen, cel życia. Ach, gdyby się tak udało zjednoczyć ten wielonarodowy tygiel, od Sycylii po Germanię, w jedno, potężne cesarstwo Europy? Czy pokona lub przekona do zjednoczenia tak różnych światów w jedną, silną unię, największego wroga tej idei, katolickiego papieża i jego akolitów, w tym rosnącą w siłę Ligę Lombardzką? W krużgankach od dawna wiele szeptano o zdradach i spiskach, o armii podstępnych, cichych wrogów, jaką rychtował mu nienasycony władzą Innocenty IV.

     Mimo natłoku myśli i obaw, nie mogło przyjść Fryderykowi do głowy, że on sam daleko nie dojdzie, że zabije go już w Apulii napotkana na polu walki dezynteria. Tak zakończył życie jeden z najbardziej wykształconych mężów świata, nawet przez wrogów zwany Stupor Mundi.

     Za to dzięki skrzętnym kucharzom w świat ruszył jego ukochany, a narodzony w Syrii przysmak blaundysorye, później bardziej z włoska nazwany biancomangiare (białe jedzenie). Powędrował przez całe południe Europy, hen, daleko za  Alpy. Po drodze, gdzie się pojawiał zmieniał nazwę na biancomangiare catalano, mensir blanco, blancmanger, bramanger, blamensir, balmagier. Plasował się w w książkach kucharskich Europy, zaś w samym Paryżu doczekał sie 12 rozmaitych receptur.

     Przez wzgląd na biel (na znak czystości duszy),polecano go chorym oraz w poście (bez rosołu), a wówczas nawet zdobiono go rybami. 

     Trafił wreszcie do dalekiego, zimnego kraju zwanego Polską (o której Fryderyk II usłyszał, kiedy Zakon Krzyżowy prosił go o wsparcie w okupacji północnych rubieży kontynentu). I tam został w kuchni na zawsze pod nazwą blanki lub bianki. Cóż za kosmopolityczna potrawa! 

     I pomyśleć, że w sumie to, co nie udało się cesarzowi Fryderykowi II, udało się jego ukochanym blankom. O, ironio losu...     

Blanki, danie postne, deser dziś już nie na rosole i bez grzechu, do którego wziąć należy:

*1 l mleka migdałowego lub krowiego, *20 dag cukru lub miodu, szczyptę soli, *10 dag krochmalu (mąki kartoflanej, ryżowej lub kukurydzianej),

*odrobinę cynamonu, otartą skórkę z cytryny,

*pistacje i migdały do przybrania,

*ew. wodę różaną do zwilżenia formy budyniowej.

I w ślad za Mastro Berardo: 

*mleko zagotować z cukrem, szczyptą cynamonu i kawałkiem skórki z cytrusa.

*Lekko osolić, po czym mieszając, zgęścić krochmalem rozprowadzonym odrobiną zimnego mleka. 

*Wlać do formy budyniowej zwilżonej wodą, a jeszcze lepiej – wodą różaną.

*Schłodzony deser wyłożyć na talerz lub postument i posypać cynamonem oraz startą skórką cytrusową, pistacjami.

    Kto pamięta, jak Henryk IV poszedł do Canossy (1077r) i tam, pod murami miasta stał 3 dni bosy, na śniegu, by upokorzyć się przed Grzegorzem IV? Otóż upokorzenie zakończyło się mega bankietem, na którym kuzynka Henryka IV, Matylda z Canossy, zaserwowała gościom biancomangiare. I tak danie doczekało we Włoszech swojego święta, 24 lipca, w dzień śmierci pięknej i błyskotliwej i uczonej Matyldy. 

  • Black Facebook Icon

Warsaw Poland 2017 

© Peperoneblog  peperoneblog@gmail.com